|
Kruk krukowi oka nie wykole (admin1). My, mieszkańcy Żoliborza, Bielan i Młocin jesteśmy bardzo dumni, jeżeli coś bardzo ważnego zdarzyło się w naszej okolicy. Wprawdzie wolelibyśmy czasami, aby dany fakt nie miał tu miejsca, jednakże i o rzeczach złych pamiętamy, by tym bardziej momenty szlachetne w naszych dziejach zajaśniały większym blaskiem na ich ciemnym tle. W ciemnym tle znajduje się niewątpliwie zaś w naszej historii życie Stanisława Augusta Poniatowskiego. Przystępując do opisu porwania i uwolnienia króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, które miało finał u nas, na Słodowcu, trzeba mieć świadomość, iż jego świadkowie mogli je widzieć każdy inaczej a różnych interpretacji jest wiele. W tej sprawie, którą chcemy opisać, dysponujemy w zasadzie zeznaniami jednego człowieka, króla Stanisława Augusta Poniatowskiego (istnieje także utrwalona przez badaczy tradycja ustna), który ze szczegółami zdał relację ze swej przymusowej wędrówki po przekroczeniu Wałów Lubomirskiego i rzeczki Drny, na trasie od Warszawy do klasztoru Kamedułów, Marymontu i Burakowa. Z tego względu być może stanowi ona poważne wyzwanie dla interpretatorów, badających jej wierność faktom i spójność, a także doszukujących się sprzeczności i niedomówień. Dziś można oceniać przyczyny i skutki zajścia tego faktu z kilku punktów widzenia. Niestety próba zmierzenia się z tym porwaniem przy użyciu współczesnej obiektywnej metody fizyki kwantowej jest, jak się wydaje, zbyt przedwczesna. Jakkolwiek w XXI w. nauka zaszła już tak daleko, że niektórzy luminarze wiedzy są skłonni do rozważań nad wpływem zatrzepotania skrzydełkami przez jakiegoś przypadkowego motyla w Azji na wywołanie dramatycznych wydarzeń na przykład w Europie, to brak jest jeszcze właściwych procedur by te zależności dostrzec. Być może, idąc tym tropem, można by mniemać, że uwolnieniu króla Stanisława Augusta Poniatowskiego przez konfederatę barskiego Jana Kuźmę w dniu 4 listopada 1771 r., tuż koło nas, na skraju Burakowa, gdzie kiedyś stał młyn słodowy (w okolicy Dołka Słodowieckiego), na granicy dzisiejszego Żoliborza i Bielan, towarzyszyło, gdzieś w tajnych kancelariach przyszłych zaborców Rosji, Prus i Austrii podpisanie jakiegoś paktu skierowanego przeciwko Polsce. To jest jednak tylko takie mniemanie. Niewątpliwie jednak, gdyby nie drgnęło sumienie Kuźmy nie byłoby Konstytucji 3 Maja, bo i nie byłoby króla Stanisława Augusta. Inaczej też potoczyłoby się życie Macieja "Rózeczki" opisanego przez Adama Mickiewicza w "Panu Tadeuszu". Ileż by mu odpadło dylematów do rozwiązania!!! (No, i Rodakom!!!) "Siedemdziesiąt dwa lat liczył Maciej, starzec dziarski, Może w ogóle nie byłoby rozbiorów..., bo Konfederacja Barska by zwyciężyła? Zwyciężyłoby to pierwsze polskie powstanie narodowe w obronie wiary i wolności, które jest dziś zupełnie nieznane młodemu pokoleniu Polaków. Zostało ono wyrugowane ze zbiorowej pamięci przez komunistyczną historiografię jako ruch "wsteczny". Raziło bowiem hasło na sztandarach konfederackich "Jezus - Maryja!" i przeciwstawienie się Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu, który był pachołkiem carycy Katarzyny II i był ..."postępowy". Jan Kuźma zmienił swą orientację polityczną w o wiele dramatyczniejszych warunkach (zdradził Konfederację, nie wykonując rozkazu) niż jego literacki towarzysz "Rózeczka" i ta konwersja pociągnęła za sobą, w pewnym stopniu, wiadome z historii tragiczne skutki dla Polski. Jana Kuźmę, co byśmy nie mówili, jednak uwiódł zysk podły. Wobec niedoskonałości metod fizyki kwantowej, zdani jeteśmy nieodwołalnie, na to co Król Stanisław August Poniatowski herbu Ciołek jako władca "oświecony" w swym uwolnieniu się dopatrzył, mianowicie interwencji Opatrzności. Gdyby podążyć tym kolejnym śladem, opowieść o tym zdarzeniu by upodobniła się do Żywotów Świętych. I rzeczywiście w związku z tym, że stało się to 4 listopada (noc z 3 na 4 listopada), w dniu, którego patronem jest święty Karol Boromeusz, na pamiątkę tego faktu ufundował wraz ze swym bratem, ówczesnym prymasem Michałem Poniatowskim, kościół (projekt - Dominik Merlini, położenie kamienia węgielnego - 20 maja 1792 r.) pod jego wezwaniem. A artyści w miarę wiernie starali się tę ingerencję Opatrzności przedstawić. Na malowidle w ołtarzu głównym, pędzla Józefa Walla (Wahla), ucznia Bacciarellego, w lewym dolnym rogu można zobaczyć pokłon złożony przez Jana Kuźmę królowi. W ten sposób podobizna Kuźmy znalazła się nad ołtarzem, prawie jak, jakiegoś świętego. Scena ta została odwzorowana według wcześniejszego rysunku wykonanego kredką ok. 1771, czyli praktycznie zaraz po uwolnieniu króla. Ma więc prawdopodobnie pewne cechy dokumentalne. Dzięki niemu możemy zobaczyć Jana Kuźmę, jak wyglądał (pamiętać należy, iż zdanie się na łaskę króla nastąpiło w nocy!). Z tym zdarzeniem ponadto związane są jeszcze, tegoż Józefa Walla rysunek "Zamach na Stanisława Augusta", miedzioryt Johna Martina Willa "Zamach na Stanisława Augusta", Marcello Bacciarellego "Przesłuchanie młynarza", anonimowy drzeworyt niemiecki "Egzekucja zamachowców królewskich". Wracając do Opatrzności na medalu wybitym na upamiętnienie uratowania Stanisława Augusta, można zobaczyć, jak Jej ręka podtrzymuje króla za ramię. Ani jednak przy pomocy fizyki kwantowej, ani przy pomocy Opatrzności nie można z kwestiami związanymi z porwaniem się zmierzyć. Czas więc by oddać głos zawodowemu historykowi, największemu znawcy konfederacji barskiej - profesorowi Władysławowi Konopczyńskiemu (obecnie słyszałem sprawą porwania zajmuje się profesor Rymkiewicz). Zaprezentował on rzeczywistych sprawców zamachu na króla: Michała Jana Paca oraz Teodora Wessla, którego agenci zjednali dla tego celu Kazimierza Pułaskiego. Wykonanie zadania wzięli na siebie wywodzący się z drobnej szlachty konfederaci: Stanisław Strawiński, Walenty Łukawski i Jan Kuźma. Konopczyński uważa, że zamiarem porywaczy nie było królobójstwo, jednak w taki sposób przedstawił to wydarzenie obcym dworom Stanisław August. Obciążając winą konfederatów, porwanie króla umiejętnie wykorzystano w celu zniszczenia konfederacji barskiej. Dzięki intensywnej propagandzie rozpowszechnianej w całej Europie, cel ten został w pełni osiągnięty. Trzeba też tu wspomnieć, iż istnieją dane przez historyków inne próby wytłumaczenia porwania, jednakże interpretacja profesora Konopczyńskiego wydaje się być najbardziej wiarygodna. Do końca mimo wszystko nie mamy pewności, czy zamach ten nastąpił z pobudek patriotycznych i dokonany został przez Konfederatów Barskich, czy była to prowokacja Rosji, czy też mistyfikacja za wiedzą "króla Stasia", który w ten sposób usunął do wieczności męża aktualnej swej kochanki, niejakiego Butzowa. Z tego względu można się pokusić jedynie o przekazanie "wiadomości" (za Stanisławem Kaczkowskim) na ten temat, i jeszcze raz trzeba podkreślić, że nie można przedstawić z całą pewnością przebiegu tego zdarzenia. Jakie są więc te wiadomości? W 1771 r. Konfederacja Barska trzymała się całkiem krzepko. Ciosy Rosji parowała i odnosiła sukcesy. Rosja nie była sama zdolna do jej pokonania. Na pomoc zmuszona była wezwać Prusy. Nadal mimo pomocy Prus udzielonej Rosji, wciąż miała poważne widoki na zwycięstwo. W dniu porwania 3 listopada 1771 r. Stanisław August Poniatowski nie był królem Polski z mocy wydanego przez Konfederację Barską aktu bezkrólewia z dnia 9 sierpnia 1770 r. Akt ten został przez rotmistrza Strawińskiego osobiście doręczony królowi z nakazem osobistego stawienia się przed generalnością. Podobno stało się to przed kolegiatą św. Jana, gdy Stanisław August wychodził z nabożeństwa. Wydanie tego aktu było błędem, bowiem uniemożliwiało pojednanie się Konfederacji z królem (zrobiono to z inspiracji francuskiej - Dumurieza) Rotmistrz Strawiński (Igor Strawiński, kompozytor, to jego potomek) z partii marszałka łomżyńskiego opracował też i kierował wykonaniem zaakceptowanego przez Kazimierza Pułaskiego planu zamachu na króla, który w pewnym sensie był działaniem egzekucyjnym ze względu na akt detronizacji. Kazimierz Pułaski, z natury podejrzliwy, zaakceptował ten plan w siedzibie konfederacji Częstochowie na sześć tygodni przed przewidywanym wykonaniem po dokładnym przepytaniu Strawińskiego. Zaufał mu, gdy zobaczył, jak w kościele, tym gdzie znajduje się cudowny obraz Czarnej Madonny, spowiadał się i krzyżem leżąc podczas mszy, z największą skruchą odbywał nabożeństwo. Celem zamachu było wyrwanie Stanisława Augusta spod kontroli rosyjskiego ambasadora Salderna i umieszczenie go w Częstochowie albo Cieszynie pod okiem Generalności, by nie był bezwolnym narzędziem w rękach Katarzyny II. Ponadto liczono się, że na skutek poburzenia mieszkańców, z braku króla, uda się zająć Warszawę, zabrać kasy z pałacu Bruhlowskiego, magazynów na Solcu, pojmać generała Bibikowa i zabrać chorągiew gwardii koronnej. Plan został znakomicie przygotowany w najdrobniejszych szczegółach. Wobec zdrady jednak rozsypują się, jak domki z kart nawet najgenialniejsze przedsięwzięcia, tak jak stało się z porwaniem Ciołka i wyzwoleniem Warszawy od Rosjan. Przystąpiono do realizacji nieszczęsnego planu. Pułaski pragnął odpowiednią dywersją zapewnić bezpieczne wykonanie tego zamierzenia. W tym celu posunął się ze swymi oddziałami w okolice Warszawy, w celu odsunięcia Suworowa i Branickiego od Krakowa. Ukazał się kilka razy tuż pod Warszawą i uchodząc w kierunku Radomia ściągnął tam wszystkie siły rosyjskie. Dzięki temu uczynił drogę z Warszawy do Częstochowy wolną dla porywaczy. Strawińskiemu przydzielono ludzi z oddziałów stojących w Warszawie i Zakroczymiu. Walentemu Zembrzuskiemu, komendatowi oddziału zakroczymskiego, i Józefowi Czachorowskiemu, marszałkowi ziemi wyszehradzkiej wydano rozkazy pomocy Strawińskiemu. W dniu 31 października spotkały się w Małej Wsi pod Zakroczymiem oddziały Walentego Łukawskiego, podkomendnego Zembrzuskiego i Jana Kuźmy, porucznika nieszlacheckiego pochodzenia, zwanego również Kosińskim, który był dawniej masztalerzem u generała Wodzińskiego, a obecnie służył pod Czachorowskim [Kuźma (1742-1822) a właściwie Kuźmin podobno pochodził z małego miasteczka o tej nazwie na Wołyniu. Ukończył szkoły u Jezuitów, był towarzyszem w kawalerii narodowej On zaś twierdził o sobie, że był z okolic Krakowa, a przez pewien czas bawił w Warszawie. Musiał ją jednak opuścić z obawy, żeby go do sądu nie pociągnięto. Po wykonaniu zadania polegającym na porwaniu króla Pułaski obiecał mu patent pułkownika. We Włoszech na wygnaniu prawie 30 lat.]. Z oddziałów tych wybrano dwudziestu sześciu ludzi, którzy mieli się stać wykonawcami zamachu w Warszawie. Strawiński polecił Kuźmie przyprowadzić ich w grupkach po dwóch do "domu chłopa Jędrzeja" i w obecności Łukawskiego odebrał przysięgę o zachowaniu tajemnicy. Wtedy wyjawił im,że celem wyprawy do Warszawy jest porwanie króla. Pierwszego listopada oddziałek ten skierował się do lasu w rejonie Głuska, w którym czekało na nich dziesięć ukrytych wozów z sianem i zbożem. Straż przy nich pełnił Walenty Peszyński. Tam żołnierze przebrali się w przygotowane sukmany. Broń zaś, mundury i przybory wojskowe ukryli w wozach. Swe wierzchowe konie zaprzęgli do wspomnianych wozów. Był to kamuflaż. Mieli wyglądać, jak fornale, flisacy, czy orele. Drugiego listopada zbliżyli się do Łomianek, by następnie rozproszyć się w Lesie Bielańskim oczekując na zapadnięcie wczesnej listopadowej nocy. Następnie Peszyński i Antoni, zwany Węgrzynkiem, udali się do Warszawy. Na rogatkach marymonckich straż ich nie chciała wpuścić, ze względu na to, że przedstawiona przez nich przepustka miała zbyt starą datę. Gdy Peszyński jednak zapewnił, że wręczył mu ją jego pan, rotmistrz Strawiński, który tylko patrzeć nadjedzie z Czerwińska z dalszymi furami, zostali wpuszczeni do miasta. Peszyński uprosił jeszcze, żeby rogatek nie zamykano przed przyjazdem jego pana. Następnie udał się wprost do stajen ojców Dominikanów na Nowym Mieście, bardzo obszernych i z tego względu wykorzystywanych jako postój przez fury z wiejskimi produktami. Strawiński zarezerwował tam dla swoich wozów miejsce. Zwykł tam stawać i wcześniej, gdy na targ przywoził produkty. Peszyński, zostawiwszy Antoniego Węgrzynka przy koniach, powrócił pieszo do rogatek i oczekiwać na mające nadejść wozy. Nadjechały już po zapadnięciu zmroku, wraz ze spiskowcami. Przepuszczone zostały bez żadnych problemów i skierowały się także do stajen ojców Dominikanów. Łukawski odwiedził swoją żonę mieszkającą przy Nowym Świecie.Strawiński z Kuźmą przy wozach pilnowali, aby nikt nie wymknął się do miasta. Trzeciego listopada Strawiński rozpoczął poszukiwania dogodnego przejścia przez wał, którędy można by uprowadzić króla z Warszawy. W tym celu udał się do komendanta miejscowego posterunku w którym oświadczył, iż jego służący ukradł mu kilka koni i uciekł z nimi z Warszawy. Chciałby więc znaleźć ślady ich przejścia przez wał. Komendant posterunku przydzielił mu sierżanta, wraz z którym objechał umocnienia szukając dogodnego przejścia. Następnie udał się wprost na Zamek, dokąd każdy miał wolny wstęp. Dowiedział się tam, że król tego wieczoru nie pojedzie do teatru, lecz zamierza odwiedzić swego chorego wuja, kanclerza wielkiego litewskiego - księcia Michała Czartoryskiego, mieszkającego w pałacu (chodzi o pałac Paca, obecnie mieści się w nim Ministerstwo Zdrowia i Opieki Społecznej) na Miodowej (dawnej Kapucyńskiej). Strawiński przechadzał się po dziedzińcach zamkowych przez nikogo nie zaczepiany, a kiedy zobaczył, że czyni się przygotowania do wyjazdu, to jest wytoczono karetę i zaczęto zaprzęgać konie, wrócił szybko do stajni dominikańskich. Swym ludziom kazał być w pogotowiu. Ponownie sam udał się na Zamek by przyglądać się wyjazdowi króla, co miało miejsce około wpół do dziewiątej wieczorem. Znowu wrócił do Dominikanów, gdzie podzielił swój oddział na trzy grupy. Ta, której objął dowództwo , miała zatrzymać orszak królewski, druga pod dowództwem Kuźmy miała napaść na karetę królewską i uprowadzić króla, trzecia zaś odciąć orszak królewski, jadący za karetą. Przeprowadził ich Podwalem do ulicy Kapitulnej, przy której zatrzymał się jeden oddział, nieomal na wprost pałacu Czartoryskiego, obydwa pozostałe oddziały stanęły na Miodowej. Zaczęła zapadać noc i podnosić się późno jesienna gęsta mgła – zdawać by się mogło, że spiskowcom pogoda sprzyja. Przechodnie, z rzadka snujący się po ulicy, brali ludzi Strawińskiego za żołnierzy rosyjskich stojących w Warszawie. Otrzymali oni zresztą rozkaz mówienia po rosyjsku. Przechodzącemu więc obok nich rontowi ułanów królewskich, na zapytanie, kto oni, odpowiedzieli: "Kazackaja patrul", co żadnych nie wzbudziło podejrzeń. Gdy natomiast przechodzący oficer rosyjski zażądał wyjaśnień "Czy Rossyanie?", gdy zobaczył, że tylu ludzi się zebrało, i zawołał: "nie , to konfederaty" - zarzucili mu płaszcz na głowę i uprowadzili. Nie czekano zresztą długo na króla, który już około wpół do dziesiątej wracał od kanclerza Czartoryskiego, mając bodaj zamiar udać się na kolację do księżnej Adamowej Czartoryskiej. Orszak królewski zwykle bardzo skromny był w tym dniu jeszcze mniejszy, bowiem wcześniej odesłano kamerdynerów a ułani też już na kwatery się rozjechali. Karetę poprzedzało dwóch laufrów, dwóch ludzi konno z pochodniami, kilku oficerów służbowych i trzech dworzan: Jan Ośniałowski, Franciszk Rzeuski i Ignacy Bachmiński. W karecie siedział obok króla generał-adiutant Poniatowski, a za nią jechało dwóch paziów. Z tyłu karety stali dwaj hajducy, wreszcie dwóch lokajów zamykało orszak. Jadący na przedzie wzięli zastępujący im drogę oddział Strawińskiego za patrol kozacki i wezwali do ustąpienia słowami:"Król jedzie!". Wówczas, kiedy kareta królewska znajdowała się między pałacami biskupa krakowskiego i hetmana Branickiego, wypadły na nią dwa pozostałe oddziały pod dowództwem Łukawskiego i Kuźmy. Stangret próbował zaciąć konie, lecz kareta została otoczona. Obydwaj laufrowie pokazali, co umieją. Za nimi uciekali co prędzej dwaj paziowie. Dworzanie: Ośniałowski i Bachmiński wystrzelili z pistoletów do napastników i dobyli szabel. Obsypani gęstym ogniem umknęli wraz z Rzeuskim, przy czym koń Ośniałowskiego został postrzelony w kark. Obaj ranni lokaje: Ichnowski i Chmielowski, też uciekali. Króla bronili, ile im tylko sił starczyło, obydwaj hajducy. Jeden z nich, dysydent Jerzy Henryk Butzow, przeszyty dwiema kulami, poległ na miejscu. Drugi , katolik Szymon Mikulski, został powalony cięciem pałasza. Stanisław August, korzystając z głębokich ciemności i zamięszania, wysunął się wraz ze swym adiutantem z karety i niepostrzeżony przemknął się do bramy pałacu kanclerskiego. Zastał ją szczelnie zamkniętą, gdyż służba Czartoryskiego , zamiast biec mu z pomocą, z obawy przed strzałami zawarła bramę. Kołacząc silnie do bramy zwrócił na siebie uwagę, a rozpoznany przez spiskowców w błysku wystrzałów pistoletowych, został schwytany przez Łukawskiego. Wśród zamieszania jeden ze spiskowców, prawdopodobnie był nim wachmistrz Jan Wołyński, nie orientując się, że to król, ciął go lekko pałaszem w głowę. Król zgubił kapelusz i harbajtel, a Kuźma chcąc się przekonać o tożsamości wystrzelił z pistoletu osmalając króla. Waląc Stanisława Augusta szablami po grubym futrze i przeklinając na czym świat stoi, prowadzono go wśród koni kilkadziesiąt kroków, "Nie szarpcie mnie - mówił zdeterminowany król - już sam pójdę tam, gdzie chcecie, wszak jestem w waszym ręku". Na to nadszedł Strawiński, rozkazał wsadzić króla na konia, odebrać mu szpadę i polecił Kuźmie, któremu dodano dziesięciu ludzi, wyprowadzić go za miasto. Adiutantowi króla pozwolono odejść. Stanisławowi Augustowi oświadczono, że mu włos z głowy nie spadnie, jeśli będzie zachowywał się spokojnie, natomiast opór lub próba ucieczki grozi utratą życia. Król nie miał butów, był tylko w trzewikach. Wszystkie trzy oddziałki przejechały kłusem w porządku ustalonym przez Strawińskiego ulicą Miodową, skręciły w lewo w ulicę Długą i, udając znowu ront kozacki, przeszły nie zatrzymywane obok głównego odwachu artylerii konnej przy Arsenale, docierając do Wału Lubomirskiego. Wał przekroczono na wysokości dzisiejszego dworca Warszawa Gdańska, zostawiając z tyłu dzielnicę żydowską (położoną między Wałemi Zygmuntowskim a Lubomirskiego). Łukawski ze swymi ludźmi minął go bez przeszkód. Gdy Kuźma przechodził wraz z królem przez wyłom, koń króla upadł łamiąc nogę, król zaś zgubił futro i trzewik i o mało nie ugrzązł na dobre w rzeczce Drnie, która płynęła wzdłuż wspomnianego wału. Tak na marginesie odnaleziony później trzewik króla stał się ważnym eksponatem w muzeum polskich pamiątek zorganizowanym przez Izabelę Czartoryską w Puławach. Ledwo król przebył okopy, gdy konfederaci rzucili się na niego i podarli na nim suknię, chcąc zedrzeć gwiazdę orderową diamentami wysadzaną oraz inne rzeczy. Orderowa gwiazda miała być dowodem, że zamach się udał. Została mu się potem tylko chustka i ołówek. Kuźma polecił podać mu innego konia i rozkazał, aby jeden z ludzi dał królowi but, a drugi płaszcz. Potem wędrował raz konno, raz pieszo. Przy czem strzemiona królewskiego konia były tak krótkie, że król ledwo , ledwo mógł się w siodle utrzymać. Łukawski oddalił się tymczasem już znacznie ku Marymontowi, Strawiński zaś, kryjąc tyły oddziału, postępował wolno, nasłuchując, co się dzieje w mieście. Nie wiedział więc o wypadku z królem i gdy dotarł do wału, pewien, że uprowadzenie króla przebiega w porządku, ruszył na miejsce oznaczonej zbiórki w Lasku Bielańskim. Kuźma po przejściu linii umocnień, pozostawiony samemu sobie, począł błądzić w ciemnościach i wpadł na błota, w których konie lgnąć zaczęły, tak że oddział posuwał się bardzo powoli naprzód. Jak Kuźma wędrował trudno ustalić, bo źródła podają różne trasy jego pobłądzeń. W celu odnalezienia drogi wysyłał w rozmaitych kierunkach swoich żołnierzy, którzy oczywiście gubili się w listopadowej nocy i do oddziału nie wracali. Król ostrzegał swych "zbójców", gdzie stoją rosyjskie patrole, gdyż te tereny doskonale znał. Kuźma nawowoływał do pośpiechu, a na prośbę króla, że: "Jeżeli mnie żywego chcecie zaprowadzić, to dajcie mi spocząć chwilę ", po czym zatrzymywać się począł , pogroził mu on pałaszem. Wreszcie Kuźma pozostał sam jeden z "jeńcem". Moment ten od razu wykorzystał Stanisław August, słynący z płynnej i przekonywującej wymowy. Począł więc wykazywać Kuźmie, jak ciężkiej dopuścił się zbrodni, porywając się na osobę swego monarchy, przyrzekał mu przebaczenie i sowitą nagrodę, jeśli zaniecha powziętego zamiaru i go ocali. "Jeżeli nie wierzysz mojej obietnicy - mówił król - więc uchodź i ratuj siebie, póki masz czas.Pikiety moskiewskie są po lewej ręce, udaj się w prawą, byś je minął. Jeśli mnie spotkają, upewniam, że im pokażę inną wcale drogę, nie tą, którą ty pójdziesz". Cały czas zmierzali w kierunku Lasku Bielańskiego. W Lasku Bielańskim nikogo nie spotkali. Nie znaleźli teź podobno przygotowanego dla króla powozu. Trafili zaś na furtę klasztoru na Bielanach. Gdy tu dotarli Kuźma, nagle był się zmienił. Wtedy juz widocznie Kuźma zreflektował się, że impreza może grozić jego głowie i począł przemyśliwać, jakby cało ją wynieść. Na koniec rzekł, jakby sam do siebie " a przecież on moim jest królem!" "Tak jest" - odpowiedział król - "i dobrym królem, który ci źle nie życzy." Tymczasem król spostrzegł, że ów towarzysz jego był jak błędny i że drogi wcale nie wiedział. Nic dziwnego, bo noc była nie tylko ciemna, mglista ale i słotna. Wtenczas król rzekł do niego: " widzę, że drogi nie wiesz, i że w cale jesteś, jak nie swój, daj wejść do klasztoru a ty ucieczką się ratuj". "Nie" - odpowiedział konfederat - "Nie mogę, bom przysiągł." I tak poszli dalej, pewnego nie trzymając się kierunku. Król osłabiony i ranny ledwo mógł za nim zdążyć w jednym trzewiku i jednym bucie. Jednakże król mu tłumaczył, że żadna przysięga go od tej uwolnić nie może , którą królowi był złożył i kilka razy mu to powtórzył. Zmęczony król wreszcie poprosił ponownie o chwilę odpoczynku. Na co tamten tym razem się zgodził. Podczas tej chwili oddechu na darni, pod Burakowem, udało się wreszcie królowi, wytłumaczyć swemu oprawcy naturę złożonej przez niego przysięgi i dowieść mu, że ta, którą konfederatom był złożył, żadnej nie miała wagi. Kuźma, gdy nikt z pozostałych spiskowców nadal nie nadjeżdżał, uległ tym wywodom króla. Tu rzucił się Stanisławowi Augustowi do nóg, prosząc o przebaczenie i łaskę królewską. Król dał mu królewskie swoje słowo, że nic złego mu się nie stanie. Rozpoczęli powrót w stronę Warszawy. Król zaprowadził go do stojącego w pobliżu młyna słodowego - który miał w dzierżawie niejaki Finke, rodem ze Szwajcarii ( od nazwy tego młyna stojącego na granicy Burakowa powstała nazwa Słodowiec. Encyklopedia Warszawy określa go jako młyn. Na jednym ze starych planów Warszawy znajduje się w tym miejscu znaczek w postaci okręgu z krzyżykiem w środku, na oznaczenie młyna wodnego. Poźniej w XIX w. na tym miejscu znajdował się młyn parowy. W przybliżeniu znajdował się tam, gdzie Aleja Armii Krajowej krzyżuje się z ulicą J. Słowackiego. Spotykałem świadków, którzy pamiętali ruiny tego parowego młyna). Zapukali do tego młyna. Nikt nie otwierał, bo wszyscy już spali. Wówczas konfederat wybił szybę w oknie i prosił o przytułek dla wyratowanego z rąk rozbójnków jakiegoś znakomitego dygnitarza. Nalegania te były jednak bezskuteczne, bo młynarze przypuszczali, że są to złodzieje. Wówczas król sam się do okna zbliżył i rzekł: "gdybyśmy byli złodziejami, toby nam równie łatwo było całe okno wybić i wejść. Myśmy zaś tylko jedną szybę wybili; Otwierajcie więc i niczego się nie bójcie". Zbliżała się już godzina czwarta rano. Na szczęście głos króla dobre na tych ludziach wywarł wrażenie, młynarze otworzyli królowi. Po wejściu do izby Stanisław August natychmiast napisał ołówkiem bilecik do pułkownka Kokceja, dowódcy gwardii pieszej koronnej, treści następującej: "Cudem uszedłem z rąk morderców, pośpiesz po mnie ze czterdziestu ludźmi do Marymontu. Jestem raniony, lecz nie niebezpiecznie". Z biletem tym wyruszył parobek młynarski do pobliskich koszar gwardii znajdujących się na Żoliborzu. W tym czasie Kuźma chciał zwrócić wszystko, co on i jego towarzysze mu zabrali. Stanisław August pozwolił mu jednak wszystko zachować, za wyjątkiem Wstęgi Orderu Orła Białego. Podobno król przed snem napił się jeszcze gorącego mleka. Znużony przejściami król legł na łóżku okryty "jupeczką" młynarki, podczas gdy Kuźma z dobytą szablą czuwał u drzwi. Bilecik przesłany Kokcejowi spowodował, że ten ze stu pięćdziesięcioma gwardzistami i powozem, przy świetle pochodni, ruszył po króla na Marymont. Bez zwłoki przybył tam. Po powitaniu z królem, już o piątej z rana spostrzeżono wracający do Warszawy oddział gwardii i powóz, którym wracał król, ale także i Kuźma. Król został ocalony! Gdy król wjechał na dziedziniec zamkowy, zastał na nim wielu bardzo panów i dam, których zaniedbany ubiór okazywał jakoby niespokojność o życie króla. Czy rzeczywiście? Jak Warszawa zareagowała na porwanie króla o którym została powiadomiona przez uciekinierów z napadniętego orszaku i eskorty królewskiej. Po pierwsze uciekinierzy roznieśli trwogę. Warta , gdy pośpieszyła na miejsce napadu znalazła zabitego hajduka, kapelusz i harbejtel królewski. Kanclerz kazał zatarasować lepiej bramę wjazdową i zasiadł do kolacji. Wspomniany generał Bibikow uznał, że w mieście są rozruchy a miał tylko 200 ludzi załogi - nic nie przedsięwziął. Ambasador rosyjski nie chciał nawet słyszeć tak złych wiadomości. Gwardia zaś wyposażona w zepsute ze starości ładunki, także nie mogła być wykorzystana. Mieszczaństwo warszawskie zaś, niechętne królowi, ucieszyło się z całego wydarzenia, podobno nawet rozpędziło kompanię gwardii litewskiej, która zbierała się pod pomnikiem króla Zygmunta, aby udać się w pogoń za spiskowcami, przy czym ranny został dobosz bijący w bęben. Być może przewidywana przez Kazimierza Pułaskiego insurekcja warszawska i wypędzenie Rosjan były wtedy bardzo blisko. Król jednak wrócił i tłum, który do niedawna nim gardził, zakrzyknął "Niech żyje!" A miał wyjście? Po takim zdarzeniu nic nie mogło być jak dawniej. W dalekim Petersburgu caryca Katatarzyna straciła zaufanie do Stanisława Augusta Poniatowskiego, jako narzędzia swej polityki. Traktat trzech czarnych orłów z 1732 r. okazał nie wystarczający dla utrzymania w posłuszeństwie Polski. Przeżył się. Rządzenie Polską przez podstawionego figuranta na dłuższą metę, uznała, że jest niemożliwe, tym bardziej , że okazało się, iż można go tak łatwo zlikwidować. Trzeba było opracować nową formułę - rozbiory. Tak, zaufanie carycy było jak trzepot skrzydeł motyla. Opowiemy dlaczego kruk krukowi oka nie wykole w następnej części, poświęconej procesowi porywaczy i wykonaniu wyroków. admin1
|